Nowy Sącz |
|
| Knajpki › |
Recenzje
-
Wszędzie w domu ale dobrze najlepiej...
Najpierw idę aleją Batorego, gdzie mieszkałem jakiś czas, potem dalej, cały czas prosto, mijam kwiaciarnię, parking, zamiast którego był kiedyś targ pełen naciągaczy z wypchanymi saszetkami przy pasie, potem przechodzę obok grobu poległych w walce o Polskę, w końcu docieram do plant. Drzewa są stare ale jeszcze zdrowe, ja wciąż młody i o to zdrowie muszę chyba bardziej zadbać. Zatrzymuję się więc, biorę haust świeżego powietrza. Przechodzę przez drewnianą bramę z szyldem, otwieram i zamykam drzwi. Ten wdech był mi potrzebny, jednak zapach foteli i tapet przesiąkniętych tytoniowym dymem i aromatem piwa sprawia, że czuję się przytulniej niż w domu. Dlatego tu przyszedłem. I siadam.
Chciałbym budzić się w tym fotelu, podnosić co rano głowę ze stolika, na którym czekałoby już na mnie świeżo nalane piwo z malinowym sokiem, prawdziwym, odpowiednio mętnym, z kawałkami owoców zebranych pewnie o świcie w jakimś chruśniaku przez jowialną dziewczynę, która resztę dnia spędza za barem. A ona jest wysoka, chuda i potrafi być nieokrzesana, ma kościsty tyłek i takie same piąstki, więc lepiej jej nie klepać, mimo że człowieka ogarnia wdzięczność za ten rąbek nieba, który ona uchyla, tak jak uchyla wajchę przy pipie nalewając tej pyszności, od której robi się jeszcze lepiej.
I kiedy już to wszystko wypiję a w brzuchu będę ciągle czuł pustkę to zamówię sobie z karty zupę z muszek a na drugie danie sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie. Zostanie mi na deser cytat w księżycowym blasku i na samym końcu doprawię się spóźnionym słowikiem. Tak naprawdę mogę się nim doprawiać cały czas bo ta knajpka tak się właśnie nazywa, a wódka z sokiem gruszkowym to jej specjalność i stąd ta fraza się powtarza.
Kiedy jest środek wiosny, a najlepiej gdy przychodzi już lato, otwarte zostają drzwi do ogrodu, w którym wieczorami nad stolikami świecą lampiony, czasem ktoś je buchnie, choć są całkiem zwyczajne. Ale myślę, że tak naprawdę chodzi o to, żeby wykraść szczyptę atmosfery trochę piękniejszego świata.
Między stolikami człapie właściciel, w białej lnianej koszuli, wymiętej jak jego twarz. Oczy ma spokojne a mimo to czujne, zawsze jest lekko zawiany, no i dlatego przechadza się powoli. Chodzi pewnie też tak dlatego, żeby poprzyglądać się ludziom, przecież to jego goście, więc dobrze by było trochę ich poznać. Kto spędza tam pół dnia z kuflem i książką, kto gapi się na innych, a kto widzi tylko czubek własnego nosa i prowadzi napuszone rozmowy. Wtedy lepiej odejść, usiąść przy innym stoliku. Więc ten właściciel człapie przez całe swoje królestwo z błogością na twarzy, która udziela się każdemu, kto ma podobne wyczucie tego co tak dobre.
I żeby o tym właśnie nie zapomnieć podchodzę znowu do baru, do tej dziewczyny i długo się do niej uśmiecham. Chwilę później zostajemy sami z kuflem i nawzajem na siebie wpływamy, bo jego jest coraz mniej i mnie już chyba też… Więc głowę na stolik składam.
długość : 2657 znaków(0)000
